Strona główna
Wolna koja
Skipper do wynajęcia
Spływy kajakowe
Kontakt
Ubezpieczenie
Linki
O nas - Squadron Dzida | Galeria zdjęć | Zapiski z rejsów | Prognoza pogody
Chorwacja Maj 2007

Autor: Anna Janowska
DZIENNIK, dodatek: Podróże 23-24.06.2007r

JACHTEM PO ADRIATYKU

Gdy widzę nazwę łodzi wymalowaną zawijasami na rufie, już wiem, że będzie mi się na niej dobrze pływało. W końcu Ania z "Anuśką" dogada się bez problemów. Nazwali tę łódkę specjalnie na twoją cześć! - śmieje się reszta załogi. Zapraszam na pokład - woła kapitan i szarmancko pomaga mi wejść po chwiejącym się trapie. "Anuśka" to bardzo komfortowa łódka. Dla dziesięciu członków załogi ma pięć dwuosobowych kabin i aż trzy łazienki. Maleńkie, ale na wodzie to prawdziwy luksus. Całe wnętrze wykończono egzotycznym drewnem. W centralnej części jachtu duża mesa. Na środku stół, wzdłuż burty pluszowa kanapa, naprzeciw mała kuchnia. Co jak co, ale takich wygód się nie spodziewałam. - Nie ma się co dziwić, to "50" Cruiser z niemieckiej stoczni Bawaria, prawdziwy pływający hotel - tłumaczy kapitan. Wygodny do mieszkania, łatwy w obsłudze i świetnie wyposażony, ale żeglarsko - cóż, nie można na nim aż tak poszaleć jak na mniejszej "46" z tej samej stoczni czy słoweńskich Elanach. Ale wykrzeszemy z niej, ile się da - dodaje z uśmiechem.
Jesteśmy w Marinie - miasteczku nazwanym tak chyba dla zmyłki. Bo marina to port dla żaglówek. Tymczasem marina w Marinie brzmi jak masło maślane, ale cóż zrobić. Idziemy całą załogą do tawerny. Robert, kapitan, który Chorwację zna już jak własną kieszeń, poleca lignie na żaru, czyli grillowane kalmary. Są faktycznie przepyszne i od razu stają się kulinarnym hitem rejsu. Płyniemy na południe w stronę Dubrownika. Czy uda nam się dopłynąć? Nie wiadomo. Zależy, jak powieje Planujemy trasę: płyniemy na południe w stronę Dubrownika. Czy uda nam się dopłynąć? Nie wiadomo. Zależy, jak powieje - twierdzi kapitan. Na razie, jutro płyniemy na Hvar, a co będzie dalej zobaczymy. Warunki do żeglowania idealne - słońce świeci, wiatr wieje, więc chwilę po wyjściu z portu stawiamy żagle. Anuśka z portowego hotelu przemienia się w łódkę z prawdziwego zdarzenia. Fale obijają się o burty, a żagle furkotem dają o sobie znać. Wiatr nam sprzyja, płyniemy coraz szybciej wzdłuż brzegu chorwackiej Dalmacji. Gdzieś tam za lewą burtą jest Split, za nim, hen daleko, Dubrownik położony niemal na samym końcu długiego pasa wybrzeża. Warunki do uprawiania żeglarstwa są tu idealne - ponad 48 marin może pomieścić nawet 15 tysięcy łódek. I niemal 1200 przybrzeżnych wysp i wysepek. Za burtą widać Brać, kiedyś najbardziej zieloną wyspę Chorwacji. Polowano tu nawet na jelenie. Jednak gdy wycięto lasy, zmieniła się w brunatną pustynię. Mijamy Bol, jedną z nielicznych w Chorwacji piaszczystych plaż położoną na cyplu. Wieją tu naprawdę mocne wiatry. To ulubione miejsce kitesurfingowców i miłośników sportów ekstremalnych. Późnym popołudniem dopływamy do Jelsy. Witają nas pomarańczowe dachy i proste, idealnie wpasowujące się w krajobraz domy z jasnego kamienia, tak charakterystyczne dla tutejszej architektury. Cumujemy pod słynącą z pysznych owoców morza restauracją Napoleon. Czekamy tu na pozostałe pięć łódek (wyruszyły z innych portów). Na ludzi, którzy poznali się dzięki wspólnej pasji - żeglowaniu. Nazwali swoje nieformalne stowarzyszenie: Squadron Dzida. Skąd ta nazwa? Nie pytajcie, bo to squadronowa tajemnica. Poznać ich można po powiewających na relingach proporcach, koszulkach i bandamkach ze znakiem rozpoznawczym - złotą kotwicą i polską falgą. Na przybrzeżnej promenadzie pełno ludzi, podobnie jak na głównym placu, który w całości zajęły kawiarniane ogródki. Wspinam się po schodach do górującego nad miasteczkiem kościoła. Trwa msza, wierni tłoczą się nawet przy drzwiach.

Jelsa. Za kościołem wąskie uliczki stromo pną się pod górę, wokół nie ma żywej duszy. Kamienne fasady, okna z drewnianymi okiennicami, a jedyny przechodzień to bury kot. Dalej zamknięta na cztery spusty winiarnia i imponująca, pnąca się na dwa piętra winorośl o pniu grubości przedramienia. To najstarsze wino w tej okolicy, jeszcze sprzed filoksery. Ma grubo ponad 100 lat i nadal się zieleni - mówi ktoś niespodziewanie. Za moimi placami jak spod ziemi pojawił się rosły mężczyzna z imponującą siwą brodą i rozwianymi lokami. Jestem właścicielem winiarni Tomić - w sezonie organizuje degustacje, prowadzi sklep. I produkuje wino. Doskonałe,o czym przekonałam się chwilkę później, gdy nalewał mi do kieliszka schłodzone, białe St.Klemens, powstałe z winogron wyhodowanych na małej wysepce,tu koło Hvaru. Doskonałe okazało się taż słodkie wino Prosek. Widząc mój entuzjazm, zaproponował degustację lokalnego specjału z różanych kwiatów macerowanych w winie. Zaskakujące połączenie winnoróżanego ni to likieru, ni wina. Przepyszne. Wyspy mają swoje tajemnice. Te znane i te mniej znane. Każda żyje własnym rytmem. Każdą warto odwiedzić i zrozumieć spokój jej mieszkańców.

Jelsa - Korcula
Oddalamy się od kontynentalnej części Chorwacji, przed nami wyspy. Jesteśmy na morzu, ale fala nie jest duża i cały czas gdzieś w oddali majaczy ląd. Z żeglarskiego punktu widzenia Chorwacja to takie Mazury, tylko większe. Niby jest podobnie, ale wszystko - długość jachtów, wielkość portów, temperatura wody, ilość słońca i wysokość fal trzeba pomnożyć kilka razy - tłumaczy nam swoją wizję żeglowania po Chorwacji kapitan Robert. Jest w tym sporo prawdy. Żeglowanie po Chorwacji to czysta przyjemność. Wszystko jest w sam raz, nie ma skrajności ani związanej z pływaniem po otwartych morzach choroby morskiej. Jest za to słońce, ciepła woda i prawdziwa przygoda. Wpływamy w wąski przesmyk. Z prawej strony zielone wzgórza wyspy Korcula. Tu pod wieczór zawsze wieje. Halsujemy pod wiatr, robiąc zwroty tuż przy stromo opadających do morza skałach. Tak blisko lądu, a głębokościomierz wskazuje 40 m! Przed nami położona na wysuniętym cypelku Korcula. Nad piramidą pomarańczowych dachów góruje strzelista wieża kościoła. Od strony morza miasteczka bronią solidne, kamienne mury obmywane przez morskie fale. Na starówkę najlepiej wejść bramą w wieży przy domu Marco Polo. Podobno słynny żeglarz tu się właśnie urodził. Dalej, wypolerowane stopami tysięcy przechodniów kamienne chodniki prowadzą do serca miasteczka - katedry Świętego Marka. Imponująca fasada, zdobny portyk, wewnątrz zgrabne połączenie gotyku i renesansu, a w jednej z kaplic piękna rzeźba Chrystusa. Błądzę po uliczkach Korculi bez celu i co chwila trafiam na ciekawostkę: a to fontanna, misa którą zdobi krąg roztańczonych dziewcząt, a to piękny widok na port zza murów obronnych, a to powiewające nad uliczkami pranie.

Korcula - Lastovo
Zaczyna mocniej wiać. Nadchodzi załamanie pogody. Wróżą nawet, że z gór zejdzie niespodziewany, porywisty wiatr bora bądź bardziej przewidywalny wiejący z południa jugo. Do Dubrownika pewnie byśmy dopłynęli, pytanie, co z powrotem. Kapitan decyduje o zmianie planów - zatoczymy pętlę po okolicznych wyspach. Na początek Lastovo. To już niemal na otwartym morzu. Małe wysepki wyglądają trochę jak wystające z wody stożki wulkanów. Z bliska to niemal pionowo schodzące do morza strome klify i jałowe gdzieniegdzie tylko zieleniące się wzgórza. Dobijamy do maleńkiej zatoczki, gdzie kotwiczymy moring podaje nam pani w szpilkach. Jakoś marina nie przypada nam do gustu, więc wracamy i zawijamy do portu dwie zatoczki wcześniej.

Lastovo - Vis
Rano zatoczka ukazała się nam w całej swej turkusowo - szmaragdowej krasie. Od kąpieli odwodziły tylko jeżowce, których całe stada znalazły tu sobie schronienie. Płyniemy na Vis, odludną wyspę, która jeszcze 18 lat temu - ze względu na strategiczne położenie - była zamkniętą bazą wojskową. Niemal wszyscy łykają profilaktycznie aviomarin, ale rozkołysane wczoraj morze jest dziś oazą spokoju. Okrzyk: "Delfiny!" podrywa wszystkich na nogi. Małe stadko płynie tuż koło naszej burty, pokazując wygięte w łuki grzbiety i - mogłabym przysiąc - uśmiechnięte pyszczki. Płyniemy ich tropem.
Po Korculi Vis już tak nie zachwyca. Architektura miasta, które wielokrotnie przechodziło z rąk do rąk, to pomieszanie stylów.

Vis - Hvar - Bobovisce
Po raz drugi płyniemy na Hvar określany mianem lawendowej wyspy. Podobno to też najbardziej słoneczna wyspa Chorwacji. Do miasteczka zawijamy tylko na chwilę, więc nie ma czasu na wdrapywanie się do położonej na wzgórzu nad miastem hiszpańskiej twierdzy. Wakacyjny nastrój widać na pełnym kawiarnianych ogródków placu przed katedrą Św. Szczepana. Podziwiam fasady pałaców wybudowanych za czasów panowania Wenecjan. Był to dla nich ważny port, pierwszy lub ostatni na trasie do i z Wenecji. Malowniczo wygląda obsadzona palmami nabrzeżna promenada, wzdłuż której ciasno cumują łodzie. My jednak płyniemy dalej, by ostatnią noc rejsu spędzić w maleńkim, spokojnym i niezwykle malowniczym porcie Bobovisce.


Bobovisce - Marina
Ostatniego dnia rejsu zrywa się zapowiadany wiatr. I pada deszcz. Chowamy się pod kapturami i na silniku płyniemy z powrotem. I jak na złość, gdy tylko zawijamy do mariny, wychodzi słońce. Za to wieje bez zmian. W nocy czeka nas niezła huśtawka. Na razie jednak wybieramy się do Trogiru. I przez okna po raz pierwszy patrzymy na chorwackie wybrzeże z tej drugiej, naziemnej strony.
W Trogirze warto spędzić więcej czasu. Miasto to istnieje już 4 tysiące lat. Starówka leży na wyspie oddzielonej od lądu kanałem. Uliczki są wąziuteńkie, nie mieszczą się tu samochody.
Wdrapujemy się na basztę przyportowej twierdzy Kamerlengo. Wytężam wzrok, by wypatrzyć przedmieścia Splitu. Może popłyniemy tam następnym razem?


wróć